zamknij
Strona główna » Aktualności » Tydzień 21 - w herbie prodiż i cegła szamotowa

Tydzień 21 - w herbie prodiż i cegła szamotowa

Podsumowanie tygodnia

Tydzień 21: 08.1-14.1 2018r

Gdyby rejsy miały herby to ta wyprawa miałaby w herbie prodiż i cegłę szamotową. Prodiż do stawiania na kuchence od Krystiana (Ocean Team Sailing School) i cegła od Karoli( Mazury, cud natury :)razem pracują na sukces.  Wydaje mi sie ze samopoczucie załogi ma decydujący wpływ na realizacje planu. Uważam ze kambuz to najważniejszy dział na każdym jachcie. Szczerze współczuje osobom, które lubią dobrze zjeść, a nie potrafią gotować (znaczy lenie). A osobom, dla których spożywanie to przykry obowiązek chyba nie potrafiłbym zaufać jako ludziom. Powinno się wzywać wtedy facetów w czerni, niech sprawdzą, co i jak :).  

Chyba nie potrafiłbym wyruszyć w wyprawę, w której jest tylko łomot, koniec świata, totalny brak przyjemności, a jedyną nagrodą to satysfakcja na mecie, jeżeli wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Trzeba być totalnym świrem żeby znęcać się nad sobą przez kilkaset dni dla dość iluzorycznego wynagrodzenia. Ja tam lubię mieć przyjemności jak najczęściej:) Z każdym rejsem jest z tym coraz lepiej. Gdy pierwszy raz samotnie pokonywałem Atlantyk na Małej Mi miałem na pokładzie 6 książek ( ze względu na limit wagi zestawu auto+jacht, który jechał do Portugalii skąd ruszałem), odtwarzacz MP3 z raptem 1GB muzyki, a z elektroniki miałem telefon marki Nokia z monochromatycznym wyświetlaczem i grą Saper. W poprzednim wokółziemskim rejsie było już na bogato. Dużo więcej książek analogowych oraz czytnik e-booków. Porządne nagłośnienie na jachcie oraz zgrane wszystkie moje płyty CD plus masa muzyki do przesłuchania. Zapasowa MP3. Dwa telefony na których można odtwarzać dźwięki. Dwa komputery z pewna ilością filmów oraz Heros 3 i  CIV2. Teraz mam dodatkowo jeszcze 3 zapasowy komputer, tablet, 2 smartphony, wodoodporny głośnik przenośny. I dodatkowy zapasowy czytnik e-booków którego od 2 tygodni używam bo ten stary zaczął szwankować. Dla ducha jest wiec sporo przyjemności. 

Przede wszystkim, wydaje mi się że sporo czytam. Na to jest sporo czasu i da się to robić praktycznie w każdych warunkach. Dotychczas nie byłem zmuszony do ręcznego sterowania. Aktualnie Puffin od dwóch tygodni idzie samosterownie, czyli odpowiednio ustawione żagle, rumpel, trym wzdłużny (ważny), trym poprzeczny (trochę mniej ważny, łódka jest bardzo „sztywna”). Autopiloty i samostery się relaksują :) Ale często w złą, a częściej w zmienną pogodę musze czuwać i reagować na zmiany siły i/lub kierunku wiatru. Siedzę sobie w kabinie w sztormiaku, popijam coś tam z termosu (aktualnie jest zimno w …Uj, około 3-5C w kabinie) i sobie czytam. Jak pan dozorca na bramie nim wynaleźli telewizje. Ostatnio snu mało, 2-4h na dobę. Ale człowiek się przyzwyczaja no i jest coś za to :)  Człowiek w ogóle jest w stanie zazwyczaj znieść sporo więcej niż mu się wydaje i szybko się adoptuje. Gdy najbardziej hardcorowe przeżycie zdarza się codziennie to staje się…. Hm… codzienną niedogodnością :) To trochę jak mieszkać przy torach kolejowych czy tramwajowych. Po pewnym czasie tylko goście zauważają ze „tam” cos jeździ, hałasuje, powoduje wstrząsy. Nie ma co się rozczulać.

Zawsze jak jest źle z powodu warunków ogólnych przypominam sobie pewne wydarzenie. To już parę lat i kilo temu było. Była chyba połowa października. Wróciłem do Krakowa z letniej pracy żeglarskiej w Gertisie i był to mój pierwszy od wiosny dzień pracy jako kuriera rowerowego. Tak żyłem przez parę lat. Latem żeglarstwo, zima kolarstwo. Zacząłem o 9 dlatego od razu miałem zlecenia. Od razu też zaczęło padać. Nie letni, ciepły, przelotny deszcz. Nie upierdliwa mżawka wkurzająca okularników (takich jak ja). Był październik. I tego dnia zaczęła się jesień. Taka jesień z 12-14 stopniami i deszczem który rzęsiście leje przez parę godzin bez przerwy. To taki deszcz co sprawia że krakowska kanalizacja w wielu miejscach po 5-6 godzinach poddaje się i wybija studzienki. Taki który sprawia że po maksymalnie pół godzinie masz mokre wszystko… /cdn/

Ciąg dalszy:

Była 3-4 godzina pracy, wracałem bez zlecenia w stronę centrum miasta. Zauważyłem przy światłach stojącego na chodniku kuriera. Wyglądało, że tak jak ja się nie spieszy wiec pomyślałem że się przywitam po dłuższej nieobecności.  Była to Aga, powiedziałem- Dzień…..dobryy?  Odpowiedziała – Wiesz Szymon, przez pierwsze dwie godziny jazdy mówiłam tylko pod nosem – kurwa, kurwa, kurwa. Ale teraz to już mi wszystko jedno. Nic nie zmienię, taka praca, jest jesień.    

Była jesień, a potem przyszła zima i człowiek zamienił by jeden zimowy dzień pracy na nawet tydzień codziennej jazdy w jesiennym deszczyku. Wtedy w październiku nawet nie byliśmy koło hardcorowych warunków. Ot, takie marudzenie francuskich piesków, którzy wrócili ledwo z letnich urlopów (czy tez innych prac zarobkowych). Wniosek taki, że zawsze może być gorzej i najlepiej jak zdarzy się to koledze :) Te moje warunki tutaj ledwo zbliżają się do codzienności kuriera rowerowego. 

Za to jestem sam jak palec i nie mogę wyskoczyć do ulubionej piekarni po gorący chleb. Trzeba sobie samemu radzić by mieć humor i motywacje by napisać kolejny tekst. 

Wpierw na włączoną kuchenkę kładę cegłę szamotową. W tym czasie musze wyczyścić garnek (mój jedyny w miarę duży pojemnik około 2,5l) i wymieszać: pół opakowania (250gr) gotowej mieszanki chlebowej (z suchym zakwasem), porcje suchych drożdzy (8gr) i do uzupełniam mąką. Orkiszową, owsianą lub graham. Dokładnie mieszam. Cegła ląduje na podłodze na szmacie, a na gazie czajnik z wodą. Garnek z mieszanką stawiam na cegle, ma grube dno a wszystko łącznie z produktami jest dość lodowate. Woda ma się tylko trochę podgrzać, do 30-40 stopni. Ciepłą wodę wlewam do reszty, dokładnie mieszam. W tej chwili temperatura ciasta jest ok. i drożdże ruszą, ale gdybym to zostawił tak na 10 minut wszystko wystygnie i ciasto nie urośnie. I tu do gry wchodzi cegła. Na ciepłej cegle stawiam garnek z pokrywka, można wszystko jeszcze czymś przykryć dla dodatkowej izolacji. Zostawiam na około 15-20 minut. Gdy urośnie dodaje jeszcze mąki by ciasto było dość gęste. Mniej więcej tak żeby dało się je wyrabiać dłońmi, choć ja mieszam to łyżką. Nie mam ochoty na szorowanie rąk w wodzie która ma 2-4 stopnie. Przekładam do  formy i cały prodiż stawiam na cegle. Po 10 minutach dostaje już ślinotoku (tak jak w czasie pisania tego tekstu, już wiem czym się zajmę jak go skończę). Po kolejnych 10 minutach chleb jest zazwyczaj wyrośnięty i można go postawić na ogniu (małym, ale nie ekstremalnie minimalnym). Jestem znowu katowany aromatem przez jakieś  40-50 minut. Najchętniej bym wyszedł na pokład coś porobił przez ten czas, ale nigdy nie zostawiam uruchomionej kuchenki samotnej w kabinie. Pożaru na jachcie boje się bardziej niż czegokolwiek innego na morzu. Po zgaszeniu ognia daje wypiekowi nie więcej niż 5 minut relaksującego życia. Potem zaczynam od chrupiącej skórki. Tak jest bezpieczniej. Gdy urwę większy kęs nie zważam na jego  temperaturę. Dwukrotnie już schodziła mi skóra z podniebienia po poparzeniu. Jest szczęście :)

 

Na liczniku:

17087 mil z średnią 4,8 węzła czyli 116 mil na dobę

„do celu” zrobione 16780 mil z średnią 4,7 węzła czyli 114mil na dobę

do mety jeszcze 10066 mil, zrobione 62% z zaplanowanej trasy

do Hornu 2326 mil

 

Utwory tygodnia:

  • Outer Space – Cinematic Orchestra
  • Sky Blue – Peter Gabriel

 Płyta tygodnia:

  • Truth – London Gramar

Wykonawca tygodnia:

  • London Gramar

Książki:

  • Murakami Hatuki – Kronika ptaka nakretacza
  • Terry Pratchett – Kot w stanie czystym
  • Terry Pratchett – Maskarada

Ominięte:

  • Sztormy. 11 tydzień bez sztormów.  

Minięty:

  • Cetus kotwiczący w Polinezji Francuskiej


Była 3-4 godzina pracy, wracałem bez zlecenia w stronę centrum miasta. Zauważyłem przy światłach stojącego na chodniku kuriera. Wyglądało że tak jak ja się nie spieszy wiec pomyślałem że się przywitam po dłuższej nieobecności.  Była to Aga, powiedziałem- Dzień…..dobryy?  Odpowiedziała – Wiesz Szymon, przez pierwsze dwie godziny jazdy mówiłam tylko pod nosem – kurwa, kurwa, kurwa. Ale teraz to już mi wszystko jedno. Nic nie zmienię, taka praca, jest jesień.    
 Była jesień, a potem przyszła zima i człowiek zamienił by jeden zimowy dzień pracy na nawet tydzień codziennej jazdy w jesiennym deszczyku. Wtedy w październiku nawet nie byliśmy koło hardcorowych warunków. Ot, takie marudzenie francuskich piesków którzy wrócili ledwo z letnich urlopów (czy tez innych prac zarobkowych). Wniosek taki, że zawsze może być gorzej i najlepiej jak zdarzy się to koledze :) Te moje warunki tutaj ledwo zbliżają się do codzienności kuriera rowerowego. 
Za to jestem sam jak palec i nie mogę wyskoczyć do ulubionej piekarni po gorący chleb. Trzeba sobie samemu radzic by mieć humor i motywacje by napisać kolejny tekst. 
 Wpierw na włączoną kuchenkę kładę cegłę szamotową. W tym czasie musze wyczyścić garnek (mój jedyny w miarę duży pojemnik około 2,5l) i wymieszać: pół opakowania (250gr) gotowej mieszanki chlebowej (z suchym zakwasem), porcje suchych drożdzy (8gr) i do ? wysokości garnka uzupełniam mąką. Orkiszową, owsianą lub graham. Dokładnie mieszam. Cegła ląduje na podłodze na szmacie, a na gazie czajnik z wodą. Garnek z mieszanką stawiam na cegle, ma grube dno a wszystko łącznie z produktami jest dość lodowate. Woda ma się tylko trochę podgrzać, do 30-40 stopni. Ciepłą wodę wlewam do reszty, dokładnie mieszam. W tej chwili temperatura ciasta jest ok. i drożdże ruszą, ale gdybym to zostawił tak na 10 minut wszystko wystygnie i ciasto nie urośnie. I tu do gry wchodzi cegła. Na ciepłej cegle stawiam garnek z pokrywka, można wszystko jeszcze czymś przykryć dla dodatkowej
Izolacji. Zostawiam na około 15-20 minut. Gdy urośnie dodaje jeszcze maki by ciasto było dość gęste. Mniej więcej tak żeby dało się je wyrabiać dłońmi, choć ja mieszam to łyżką.  Nie mam ochoty na szorowanie rąk w wodzie która ma 2-4 stopnie. Przekładam do  formy i cały prodiż stawiam na cegle. Po 10 minutach dostaje już ślinotoku (tak jak w czasie pisania tego tekstu, już wiem czym się zajmę jak go skończę). Po kolejnych 10 minutach chleb jest zazwyczaj wyrośnięty i można go postawić na ogniu (małym, ale nie ekstremalnie minimalnym). Jestem znowu katowany aromatem przez jakieś  40-50 minut. Najchętniej bym wyszedł na pokład cos porobił przez ten czas, ale nigdy nie zostawiam uruchomionej kuchenki samotnej w kabinie. Pożaru na jachcie boje się bardziej niż czegokolwiek innego na morzu.  Po zgaszeniu ognia daje wypiekowi nie więcej niż 5 minut relaksującego życia. Potem zaczynam od chrupiącej skórki. Tak jest bezpieczniej. Gdy urwę większy kęs nie zważam na jego  temperaturę. Dwukrotnie już schodziła mi skóra z podniebienia po poparzeniu. Jest szczęście :)
Szymon, 16 stycznia 2018
Więcej w temacie: Aktualności

« wróć do poprzedniej strony

Zobacz podobne tematycznie artykuły:

Finish rejsu
Brożka, 15 maja 2018

Rejs „Call of the Ocean” jest już na finishu. Rano 15 maja Szymonowi pozostało około 200 mil morskich do końca rejsu. Prawdopodobny czas minięcia mety, którą stanowi falochron w Plymouth, to 17 maja z wysoką poranną wodą, czyli około 7 rano UTC (8 czasu lokalnego).

Od kilku dni lokalizator przez który podawane są pozycje jachtu i wiadomości na mapę lekko wariuje. W związku z tym trasa rejs znikła z mapy online. Po zmianie ustawień jednak nadal da się obserwowac pozycję Szymona


Były dwie opcje. Pójść bardziej na wschód i początkowo był to główny plan. Ale jak zwykle w takich sytuacjach zdecydowała moja kobieca intuicja ;) I centralną grupę wysp azorskich minąłem od zachodu. Ponieważ Azory to portugalskie wyspy to nie dziwi spora ilość portugalskich żeglarzy. 

Tydzień 36 - pełne rodeo
Szymon, 6 maja 2018

 Dobre przebiegi dobowe w tym tygodniu, mimo jazdy z krzywym masztem w bajdewindzie, lekkiej brody jachtu i przeciwnego prądu oceanicznego. Ale nic za darmo. Na plus zapisuję kilkadziesiąt metrów liny rybackiej ze szklanymi kulami w pięknie plecionych „koszyczkach”. Na minus to niestety aż 3 opakowania błyskawicznych płatków owsianych.

Komentarze

Autor:
Twój komentarz:
eska, 18 stycznia 2018
Człowiek się uczy całe życie. Prodiż - a więc tak to się pisze, pierwszy raz widzę pisane. Trochę się zdziwiłam. Przyjemnie że to działa w zestawie z kuchenką - bede się dokształcać w tej konstrukcji. Tych 3 stopni w środku nie zazdroszczę, ale rozumiem. Pozdrowienia, spokojności.
e.salaban, 16 stycznia 2018
No tak, my tutaj zagryzamy paznokcie, a Szymon nam stopniuje napięcie! No, ale niech mu będzie kolejnych kilka tygodni bez tych sztormów i bez problemów! Nawet niech Mu podpłynie skrzynka czekolady do burty ;)

Partner główny

Patron honorowy

Newsletter

Podaj swój adres e-mail. Wyslemy Ci nowości i powiadomienia